Jednakże nie napisałam o Dramione, ale Jily :) Dlatego zamieszczam tu swoją pracę jako spóźnioną miniaturkę Walentajnową Jily :)
********
Dzień w Dolinie Godryka nastał szybko i zanim można było
wypowiedzieć słowo „Quidditch” słońce już dumnie wisiało nad horyzontem. W
każdym z postawionych tu domów wyczuwalna była radosna woń święta Walentego . W
każdym zaułku widoczne były pięknie prezentujące się różowe, aż do mdłości
serca, czerwone róże i grube amorki w białych pieluchach. W owej Dolinie
Godryka nastała stoicka cisza gdy każda para świętowała święto zakochanych w
zaciszu swoich domów. Cisza ta została jednak niefortunnie przerwana przez
krzyk z pewnego domu znanego już z tych jakże „cichych” wymian zdań.
-James! Ty kretynie!- Lily Evans (teraz już Potter) czyli
drobna kobieta o rudych, podchodzących pod kasztanowe włosach, niesamowitych
zielonych oczach oraz z 4-miesięcznym brzuchem stała bojowo nastawiona przed
swoim mężem –Nie podchodź bo nie zawaham się tego użyć!- krzyknęła chwytając
poduszkę ze stojącego obok łóżka. James Potter, wysoki, przystojny mężczyzna o
kruczoczarnych, zmierzwionych włosach spoglądał znad okularów w kwadratowych
oprawkach na kobietę swojego życia z mieszaniną strachu i zaskoczenia.
Wiedział, że w jej obecnym stanie jest zdolna do wszystkiego, więc postanowił
zachować dystans i nie wchodzić jej jak
na razie w drogę bowiem nie raz doświadczył upustu złości ukochanej, co ku jego
niezadowoleniu zawsze kończyło się na wyżywaniu się na nim.
-Kochanie- zrobił krok do przodu od razu tego pożałował
kiedy niebieska poduszka z impetem uderzyła go w twarz. Westchnął i poprawił
okulary, które zsunęły mu się z nosa- Porozmawiajmy na spokojnie, nie powinnaś
się teraz denerwować..
-Nie mów mi co powinnam, a czego nie powinnam!- wykrzyczała
w jego stronę, a jej twarz przybrała tego samego koloru co jej włosy. Chwyciła
kolejną poduszkę, rzuciła nią w chłopaka, który tym razem na to gotowy zrobił
unik. Zdenerwowana dodała jeszcze- I nie mów do mnie „Kochanie”!
-Liluś daj spokój- spojrzał na Rudą błagalnie i mruknął- co
znowu zrobiłem?
-Co zrobiłeś?!- warknęła kładąc obie dłonie na biodrach-
Wszystko! Mam Cię dość! I co ja Ci mówiłam o tym idiotycznym zdrobnieniu?!
James potarł sobie skronie i spojrzał na małżonkę ze
stoickim spokojem.
-A mianowicie?- spytał kobietę, która zaraz zaczęła
wyjaśniać:
-Zachowujesz się jak dzieciak- wycedziła mrużąc oczy-
Zapomniałeś już, że czasy Hogwartu minęły? Teraz czas na prawdziwe życie James.
D-o-r-o-s-ł-e, dorosłe!- przeliterowała mu, a on wywrócił oczami.
-Czy chodzi Ci o sytuację ze spaceru?- popatrzył na Lily
pytająco i nie czekając na odpowiedź dodał- To nie moja wina, że spotkaliśmy Smarkerusa…-urwał
na widok wzroku zabijającego Bazyliszka w wersji stojącej naprzeciwko kobiety.
-Czy moglibyście przestać z Syriuszem go tak nazywać?!-
krzyknęła podenerwowana- No dobrze, wiem, że za sobą nie przepadacie, ale czy
nie mogliśmy przejść obok niego tak po prostu, bez żadnego Twojego wyskoku?!-
złość się w niej wzbierała. Wiedziała, że nie powinna teraz się denerwować, ale
jej głupi mężulek tak strasznie działał jej na nerwy.
-Lily czy Ty nic nie zauważasz?!- teraz to James już nie
wytrzymał i podniósł głos- Przecież to oczywiste, że specjalnie kupił dom w tej
okolicy! Znowu by Cię nachodził! A tak przynajmniej będzie mieć nauczkę!
Ruda spojrzała na chłopaka z politowaniem i spytała
spokojnie, zmęczona kłótnią:
-I dlatego musiałeś rzucić w niego łajnobombami?
Chłopak niespodziewanie zaczął się śmiać i kiedy się
opanował rzucił z szelmowskim uśmiechem:
-Musisz przyznać, że wyglądał niesamowicie jak zawsze oraz
jego dotychczasowy zapach się nie zmienił.
Lily miała
wielką ochotę się roześmiać, kąciki jej ust drgnęły i lekko uniosły się ku
górze, ale nie chcąc dać mu satysfakcji przygryzła wargę i odwróciła głowę.
Westchnęła i obróciwszy się z powrotem w jego stronę przywołała znów poprzedni
wyraz twarzy i odezwała się:
-Nie zmienia
to faktu, że postąpiłeś źle, a mieliśmy już rozmowę odnośnie relacji Twoich i
Severusa- popatrzyła na niego ostro.
-Rozmowę?
Rozmową chcesz nazwać Twój podniesiony głos?- mruknął nieprzyjemnie i zaraz
pożałował swojej decyzji- Kochanie przepraszam, nie miałem nic złego na myśli-zaczął
do niej podchodzić z wyciągniętymi rękoma.
-Nie podchodź
powiedziałam!- wykrzyczała po raz kolejny dzisiaj w jego kierunku- Podniesiony
głos tak?- zaśmiała się- A kto mnie ciągle do niego zmusza?!
Kiedy
zobaczyła jak chłopak znów próbuję podejść rozejrzała się wokoło w poszukiwaniu
czegokolwiek. Kiedy nie znalazła poduszek chwyciła najbliższy niej przedmiot-
mały, kolorowy wazonik.
-Ty chyba
oszalałaś- James wycofał się ze zdziwioną miną,
-Witam
szczęśliwą rodzinkę, na ulicy usłyszałem, że u Was jak zawsze kolorowo- do
pokoju wszedł uśmiechnięty od uch do ucha nie kto inny jak Syriusz Black ze
swoim znakomitym wyczuciem czasu. Kiedy mały wazonik roztrzaskał się na ścianie
obok jego głowy zrobił chyba jeszcze bardziej zdziwioną minę niż jego przyjaciel.
Lily zrobiła
otworzyła szeroko oczy.
-Och Syriuszu
przepraszam, nie spodziewałam się- zaczęła się tłumaczyć speszona, ale po
chwili spojrzała na niego spod zmrużonych powiek i warknęła- Ale należało Ci
się!
Zdezorientowany
młody Black zerknął na przyjaciela w poszukiwaniu pomocy, ale kiedy ten
wzruszył ramionami odchrząknął i zwrócił się do byłej pani Evans:
-Hm nie wiem
co ten mój nieszczęsny Rogaś Ci zrobił najdroższa, ale ciąża widać Ci służy-
próbował rozładować napiętą atmosferę, a Lily tylko powoli pokręciła głową ze
złością.
-Nie prowokuj
mnie Black..- zdążyła rzucić zanim gwałtownie złapała się za brzuch. Reakcja
mężczyzn była natychmiastowa. Doskoczyli do niej w chwili kiedy przytrzymała
się szafki obok.
-Lily!-
krzyknął wystraszony James- Co się dzieje?!
Łapa, który przytrzymywał kobietę z drugiej strony spytał z
mieszaniną strachu i zdezorientowania:
-Czy ona rodzi?
-Jestem w czwartym miesiącu idioto!- Ruda odpowiedziała
przez zaciśnięte zęby- Wszystko w porządku. Oj puśćcie mnie!
-Oszalałaś? Zabieramy Cię do św. Munga- Rogacz próbował zachować spokój, ale tak
naprawdę cały był zdenerwowany.
-Nigdzie nie idę!- szarpała się z nimi- To tylko mały
skurcz, nic wielkiego.
Nie uspokoiło to dwóch mężczyzn, a kolejne skrzywienie się z
bólu czarownicy umocniło ich w postanowieniu teleportowania się z nią do
Szpitala.
Kiedy pół godziny później Potter siedział na krześle obok
łóżka szpitalnego Lily, a Łapa zapewne podrywał jakąś panienkę w poczekalni, Ruda
nadal zgrywała obrażoną. Złapał ją za rękę,
jednakże ta zręcznie ją wyrwała. Chciał się odezwać, ale w tym momencie
do Sali wszedł Uzdrowiciel. Przywitał się jakby od niechcenia z małżeństwem, spojrzał
uważnie na podkładkę z plikiem kartek, które trzymał w ręce i rzekł
nieprzyjaznym tonem:
-To nic wielkiego, nie ma się czym martwić-po tych słowach
James odetchnął z ulgą, a Uzdrowiciel kontynuował- Nie ma żadnych powikłań.
Skurcz był spowodowany zdenerwowaniem. Czy miała pani w ostatnim czasie jakieś
powody do złości?- tu zwrócił się do pani Potter. Mina morderczyni skierowana w
stronę jej męża mówiła sama za siebie, więc Uzdrowiciel znów się odezwał:
-Rozumiem, ale proszę się oszczędzać i mniej
denerwować-rzucił szybkie spojrzenie na James’a i kontynuował- Termin widzę ma
pani wyznaczony na koniec Lipca. Zostanie pani jeszcze na w razie czego na noc
w Szpitalu- widząc, że kobieta próbuje się wymigać dodał sucho:
-To dla dobra pani i pani dziecka, więc proszę nie wstawać.
Słowa Uzdrowiciela podziałały i Ruda znów siedziała naburmuszona z rękoma
skrzyżowanymi na piersiach patrząc w okno.
-Miłej nocy i życzę udanych Walentynek- ostatnie słowa
powiedział najbardziej znudzonym tonem na jaki mógł się zdobyć i bez słowa
wyszedł. Nastała cisza, którą po chwili przerwał Rogacz.
-Powiesz coś?
-Co mam mówić?- burknęła nadal na niego nie patrząc.
-No wiesz.. dziś są Walentynki- rzucił jej znaczące
spojrzenie i próbował pocałować, jednakże ona za wszelką cenę wyrywała się z
jego objęć.
-Oj zostaw mnie! Nie lubię tego święta- spojrzała na niego
zła. James zmarkotniał.
-Kiedyś lubiłaś..
-Tak James, kiedyś lubiłam- posłała mu spojrzenie, w którym
można było dostrzec smutek- Bo cieszyłam się, że mogę spędzić je z osobą, którą
kocham.
-Nadal możesz..- mężczyzna popatrzył na nią smutno, ale ona
tylko pokręciła głową.
-Nie James, teraz bardziej mnie denerwujesz niż sprawiasz
żebym się uśmiechała. Chciałabym być szczęśliwa z ojcem mojego dziecka-
dotknęła swojego brzuszka i mówiła dalej- Ale ty coraz częściej powodujesz mój
smutek- głos jej się załamał, więc odwróciła głowę z powrotem do okna. Potter
chwilę patrzył na nią tęskno, a potem wstał i skierował się do drzwi. Kiedy już
miał zamiar wyjść zerknął ostatni raz przez ramię na ukochaną i powiedział
cicho do siebie:
-To się jeszcze zmieni.
Lily zmęczona całym dniem wpatrywała się w widoczny z okna
Sali zachód słońca, a jej powieki zaczęły powoli opadać. Po kilku sekundach
odpłynęła w Krainę Morfeusza. Miała koszmar. Ciemna noc i straszna zakapturzona
postać sunąca powoli przez kolejne uliczki. Zatrzymała się u swojego celu. Dom,
który łudząco przypominał…jej sam? Postać była coraz bliżej, po chwili znalazła
się w ich domu. Zbliżała się do niej i do…dziecka? Widocznie już urodziła. Ta
postać.. ona chciała ich skrzywdzić. Wtedy podbiegł James, coś spadło. Huk i
odgłos walki. Płacz dziecka i ona. Bezradna uciekała z niemowlęciem. Kiedy
zamykała drzwi pokoju zdążyła ujrzeć martwe ciało. James. Jej James się
poświęcił. Poświęcił się dla niej i dla ich dziecka. Zaczęła krzyczeć. To nie
mogła być prawda, to kłamstwo, nie! Obudziła się zlana potem i rozejrzała się
szybko wokoło. Odetchnęła z ulgą i oparła się o poduszkę przymykając oczy.
Powoli się uspokajała, to sen, tylko sen. To nie była prawda, ona jest tu, cała
i zdrowa, jej dziecko ma się dobrze, a James.. James! Kobieta śmiertelnie się
przestraszyła. Co z James’em?! Ostatni raz widziała go kiedy dała mu do
zrozumienia, że ma go dosyć. Czy coś mu się stało? Z nerwów nie usłyszała kiedy
drzwi Sali otworzyły się, a kształt pewnej postaci podszedł do niej i
delikatnie dotknął jej ramienia. Podskoczyła ze strachu.
-James? To ty?- spytała niepewnie.
-Nie inaczej księżniczko- szepnął jej do ucha i delikatnie
pocałował. Reakcja kobiety zdziwiła go niezmiernie bowiem Ruda rzuciła się by
go uściskać.
-James tak się bałam, że cos ci się stało, proszę nie
odchodź więcej- chlipała w koszulkę byłego Gryfona, na którego twarz po chwili
wypłynął szeroki uśmiech.
-Spokojnie, jestem tu- wyszeptał w jej włosy- Co się stało?
Przecież niecałe dwie godziny temu miałaś ochotę mnie zabić- roześmiał się, a
pani Potter zaczęła mu wyjaśniać.
-Miałam okropny koszmar, byłeś tam ty, nasze dziecko i ja i
nagle jakaś postać- znów się rozpłakała- ona tam była…i ja.. i ty.. i ta postać
zrobiła..i.. Och James!- wybuchnęła głośnym płaczem. Chłopak mocniej ją przytulił
i się roześmiał.
-Nie zrozumiałem z tego kompletnie nic wiesz?- cofnął trochę
głowę żeby móc na nią spojrzeć i starł z jej z policzka łzy- do twarzy Ci we
wszystkim, ale ja jednak wolę żebyś nie płakała. Spojrzała na niego smutno i
kolejne łzy wypłynęły z jej zielonych oczu.
-Chodź, mam dla Ciebie niespodziankę- znów wyszeptał jej do
ucha i chwyciwszy jej dłonie wstał pomagając jej w tym samym.
-Gdzie idziemy?- spytała wyraźnie zaintrygowana patrząc mu w
oczy kiedy prowadził ją przez Salę do drzwi.
-Kiedy powiem to nie będzie już niespodzianka, czyż nie?-
mrugnął do niej i uśmiechnął się tajemniczo- a ta randka ma być niezapomniana.
Ruda wywróciła oczami, ale uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Kiedy znaleźli się na korytarzu Lily zaczęła się śmiać i nie
mogąc tego opanować powiedziała cicho rozglądając się przy okazji czy czasem
ktoś z Uzdrowicieli nie idzie:
-James, a jak ktoś nas zobaczy? Słyszałeś tego gbura, miałam
leżeć, a on wyglądał mi na osobę, która bardzo nie lubi kiedy się nie wykonuje
jego poleceń.
Rogacz nagle obrócił się w jej stronę i złożył na jej ustach
długi pocałunek. Kiedy się od niej oderwał przyjrzał jej się.
-A nawet gdyby nas zobaczył to co?- spojrzał w jej oczy
zadziornie- Gdzie podziała się ta Lily, która w Hogwarcie pod osłoną nocy i
peleryny niewidki wymykała się ze mną na długie spacery po błoniach co?
Na jej usta wypłynął wielki i szczery uśmiech jakby na samo
wspomnienie.
-Jak za dawnych lat- z przyjemnością oddała pocałunek i
dodała groźnie, ale z radością w oczach- Ale jak nas złapią to wersja jest
taka, że mnie zmusiłeś. Ten wywrócił oczami i pociągnął roześmianą dziewczynę
dalej. Kiedy zaczęły się schody zwolnili trochę, a on pomógł jej wejść na górę.
Lilian była coraz bardziej podekscytowana.
-Oj no powiedz mi wreszcie! Czy my idziemy na dach? Dlaczego
na dach? Co tam będzie?- ciemnowłosego pytaniami, ale ten tylko kręcił głową z
dezaprobatą.
-Ale jesteś niecierpliwa.. powiem tylko tyle, że to będzie
najwspanialsza randka na którą Cię zabiorę. Poczekaj- zasłonił jej oczy otworzył
drzwi prowadzące na dach. Kiedy stwierdził, że może już zobaczyć wziął dłonie
odsłaniając tym samym oczy żonie, której dech zaparł w piersiach kiedy
zobaczyła ową niespodziankę. Szpital św. Munga był budynkiem wysokim przez co w
nocy widok rozświetlonego Londynu wyglądał przepięknie. Na środku dachu
rozłożony był koc ze stertą poduszek, a do tego kosz pełen jedzenia. Wokół
całości ułożone były małe świeczuszki oraz pełno czerwonych płatków róż.
-Łał.. James to wszystko dla mnie?- spytała oszołomiona.
-Tylko i wyłącznie- odpowiedział z uśmiechem po czym
ofiarował jej ramię i rzekł- a więc chodźmy. Chwyciła się go i razem podeszli
do legowiska jak to można było nazwać. Chłopak pomógł jej usiąść, a wtedy
przysiadł obok niej.
-I co o tym sądzisz?-spytał przyglądając jej się uważnie.
Odgarnęła włosy i odpowiedziała:
-Cóż.. no wiesz.. jest…- zaczęła nie mogąc się wysłowić.
-Kiczowato-dokończyli razem. Spojrzeli na siebie i
wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Wiedziałem- mruknął James nadal się śmiejąc i odrzucając
jakąś poduszkę w kształcie serca w bok- To nie moje klimaty i wiem, że Twoje
też.
-To po co ten cały chłam?- zaśmiała się i wzięła do ust
kawałek pieczywa.
-Nie wiem, tak jakoś zrodził się w mojej genialnej głowie
ten uroczy plan- rzucił jej pewne siebie spojrzenie i przybliżył się tak, aby
mogła się o niego oprzeć.
-Genialnej?
-Zabawne- mruknął obrażony, ale skradł jej całusa w głowę.
Przez resztę wieczoru, a raczej przez noc aż do świtu długo
rozmawiali, żartowali i wygłupiali się. Tej nocy poczuli się jak kiedyś w
czasach szkolnych kiedy ich wspólna podróż dopiero się zaczynała. Teraz w
ciągłym przeżywaniu jej na nowo pomimo wzlotów i upadków wiedzą, że zawsze mogą
na siebie liczyć. Lilian, która ostatnimi czasy szczerze w to zwątpiła po tym
specjalnym koszmarze uświadomiła sobie, że koniec końców nie zawsze będzie u
nich kolorowo, ale jest pewna, że osoba siedząca obok potrafiła by zrobić dla
niej wszystko. Jest trochę na siebie zła, że musiała to sobie uświadomić akurat
przez taką straszną wizję, ale wie, że już w to więcej nie zwątpi.
-James?- spytała patrząc przed siebie, a kiedy mruknął w
odpowiedzi, że słucha wzięła głęboki oddech i dokończyła- Przepraszam, że byłam
dziś taka.. no sam wiesz..
-Nerwowa, wkurzona, zła, z chęcią mordu? Nie szkodzi,
przyzwyczaiłem się- odpowiedział specjalnie, a pani Potter zaśmiała się i
uderzyła go w ramię.
-Żartowałem przecież- zawtórował jej i się roześmiał.
-James?- spytała znowu i nie czekając na odpowiedź chłopaka
powiedziała- Wiesz, że ja nie uważam, że będziesz złym ojcem dla naszego
dziecka. Wręcz przeciwnie.
-Wiem- objął ją mocniej, a kobieta już bardziej spokojna
odprężyła się i z przyjemnością w niego wtuliła. Kiedy tak leżeli spokojnie
Lily poderwała się ze strachem.
-Co się stało? Coś z dzieckiem?!- spytał przerażony, a panna
Potter tylko pokręciła głową.
-Nie tylko.. dotarło do mnie, że ja nie mam nic dla Ciebie
na Walentynki.
Były Gryfon odetchnął z ulgą i głaszcząc żonę po plecach
powiedział:
-Ale Ty dałaś mi już najwspanialszy prezent pod Słońcem-
uśmiechnął się i położył rękę na jej lekko zaokrąglonym brzuchu. Ruda
zarumieniła się i odwróciła w jego stronę. Kiedy ujął jej twarz w dłonie
wyszeptała:
-Wesołych Walentynek James.
-Wesołych Walentynek Lily- również wyszeptał kiedy ich usta
złączyły się w pocałunku.
********
Wiem, że nie jest to para, o której prowadzę tego bloga, jednakże postanowiłam się z Wami tym podzielić ;)
Pozdrawiam,
Lily
*.* Świeta miniaturka!
OdpowiedzUsuńLily taka krzycząca, z chęcią mordu jak prawdziwa Gryfonka^^
No i James nigdy nie widzący w swoim zachowaniu nic złego z resztą tak jak Syriusz. Podobał mi się fragmnt w którym Liliy mówi, że chciała być szczęśliwa z ojcem swojego dziecka. Cudo *.* I mimo, że nie lubię ani Lily, ani Jamesa, ta miniaturka mi się podobała, nawet bardzo ^^
Pozdrawiam Charly
Oo dziękuję bardzo :*
UsuńZaraz wpadnę do Ciebie ogarnąć czy coś nowego :3
Pozdrawiam również :*
Nominowałam cie do Liebster Awards więcej u mnie:
OdpowiedzUsuńhttp://harry-potter-love-for-ever.blogspot.com/2015/01/liebster-award-ii.html
~Chriss